Była 4:30, cały czas byliśmy u matki Brian'a. Za godzinę mieliśmy wyjeżdżać, jednak wcale nie chciałam. Nie wiedziałam czy to tylko maska Suzy czy taka jest naprawdę. W salonie stało mnóstwo zdjęć Suzy, Lany, Brian'a i obcego mężczyzny. Można było szybko wywnioskować że mężczyzna to mąż przyszłej teściowej i ojciec przyszłego męża. Brian wyszedł na świeże powietrze by zapalić papierosa więc ja skorzystałam z okazji na rozmowę z jego matką.
-Nancy naprawdę się zmieniłaś od tego czasu odwyku. Nawet cię nie poznaję. Pamiętam jak półtora roku temu leżałaś z moim Brianem na kanapie i opowiadałaś Lanie jak to jest być na haju.
-Byłam młoda i głupia. Przepraszam za to wszystko, wiem, że całkiem niedawno nie przepadałyśmy za sobą.
-Przeprosiny przyjęte - powiedziała uśmiechając się.
-To pani mąż prawda? Dlaczego go tu nie ma? - pytałam spoglądając na zdjęcia.
-Tak, nie żyje od 2 lat.
-Przykro mi. Dlaczego Brian nigdy o nim nie mówił?
-Zakochał się w tobie, jak Artur się dowiedział że bierzesz narkotyki wściekł się i nie odzywali się do siebie. Krótko po tym zmarł. Szkoda, że umierał skłócony z Brianem, który cie kochał, i z Laną, która trzymała jego stronę.
-Nigdy o tym nie wspominał.
-Dziwisz mu się? Chciałabyś usłyszeć od nowego chłopaka, że jego ojciec cię nienawidzi? Jakbyś się czuła?
-Okropnie.
W tym momencie wszedł Brian.
-O czym rozmawiacie? - spytał.
-O twoim ojcu, Lanie i tobie.
-Więc wiesz? - pytał patrząc mi w oczy.
Przytaknęłam biorąc głęboki oddech.
-Nie dziwię mu się. Też bym nie chciała żeby moje dziecko było w związku z ćpunem. Brian podziwiam cię, że wytrwałeś 2 lata z kimś takim jak ja -stwierdziłam.
-Oh, Nancy. Nie obwiniaj się. Każdy z nas nie jest święty - powiedziała Suzy.
Zgodnie z umową wyjechaliśmy o 5:30. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy.
-Naprawdę było aż tak źle? - spytał Brian biorąc papierosa do ust.
-Nie, tak właśnie wyobrażałam sobie życie przed heroiną, valium i innym świństwem - stwierdziłam - Co jej wtedy nagadałeś? - pytałam.
-Prawdę. Zawsze narkomanów uważała za najgorszą część społeczeństwa, a tych po odwyku równych sobie - powiedział.
Potem nie zamieniliśmy słowa. Zastanawiałam się jak może wyglądać życie po ślubie. Sądziłam, że będzie tak samo jak jest teraz. Normalnie, tyle że z innym nazwiskiem i przedstawianiem innym partnera jako męża czy żonę. Nigdy nie znałam ojca. Zostawił moją matkę po tym jak powiedziała mu, że jest w ciąży. Mogłam snuć tylko wymysły jak wygląda to wszystko. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście tego chcę by nie skończyć tak samo jak mama. W mgnieniu oka może się wszystko zepsuć. Bez małżeństwa możemy po prostu zerwać i więcej się nie widywać, w małżeństwie musielibyśmy biegać za rozwodem, może jeszcze z orzekaniem o winie, w przypadku dzieci ciągłe widywanie się, udawanie, że się lubimy i nie mamy sobie nic za złe lecz wewnątrz człowieka nienawidzimy.
Przyjechaliśmy do domu. Od razu poczułam się jakoś bezpieczniej. Nie lękały mnie już myśli 'co będzie jak...'. Był tylko Brian, ja i nasza bezwarunkowa miłość. Byłam pewna, że chcę tego ślubu. Wiedziałam, że nie znajdę drugiego takiego faceta, który od 2 lat żył w związku z ćpunką, pomagałby jej wyjść z nałogu co do łatwych nie należało, a mimo to ją kochał.
czwartek, 20 grudnia 2012
sobota, 24 listopada 2012
Rozdział 3
Po pracy do domu odwiozła mnie Sarah. Była około 1 w nocy. Zmęczona weszłam na teren domu, na schodach siedział Brian. Trzymał w ręku wisiorek i się nim bawił. Podeszłam do niego i przez chwilę patrzyłam na wgapionego w naszyjnik chłopaka.
-Brian, wiesz że jest 1 w nocy? Co robisz na dworze? - spytałam..
-No 1 w nocy jeszcze nie ma, za 15 minut będzie 1. Bimbam sobie tym wisiorkiem od godziny i czekam na ciebie - odpowiedział.
-Równie dobrze mógłbyś czekać w salonie albo sypialni - zasugerowałam.
-Nie, to by wszystko popsuło - powiedział - dobra, nie gadajmy tutaj, siedząc godzinę na zimnych schodach, miałem prawo trochę zmarznąć - powiedział.
Weszliśmy do środka, widać było ostre światło padające z salonu.
-Cholera, wychodzisz i zapominasz o zgaszeniu światła? Rób tak dalej a przyjdzie bardzo fajny rachu...
-Oh nie dramatyzuj, to świece! - powiedział lekko zdenerwowany
Weszliśmy do salonu. Wszędzie stały pozapalane świece.
-Wiesz, że potem będziesz je wszystkie stąd wynosić? - rzekłam.
-Siadaj na tej kanapie, a nie dramatyzujesz bo stoją se świeczki. Nie po to marnowałem tyle czasu by słuchać twoich stęków - odparł.
-Co ci odbiło? Przepraszam jeśli cię to uraziło - oznajmiłam.
Podszedł do szafy z winami i wyciągnął nasze najlepsze wino, które dostał od rodziców za 'wytrwanie z tą jędzą 2 lata'. Przynajmniej oni tak powiedzieli. Nigdy za mną specjalnie nie przepadali. Widzieli we mnie tylko ćpunkę i nic poza tym.
-Nancy, pójdziesz po kieliszki? - spytał grzecznie.
-Jasne.
Szukałam ich przez parę minut, cały czas nie mogłam się połapać gdzie co jest. W końcu jednak znalazłam je na kanapie siedział Brian z butelką wina.
-Możemy iść spać? Brian, przez kilka godzin byłam na nogach. Jutro mamy wolne, jak chcesz będziemy mogli siedzieć i rozmawiać - zasugerowałam.
-Jak tam chcesz... - powiedział obojętnie -Naprawdę się zmieniłaś od tego pobytu w ośrodku. Może nawet moi rodzice cię polubią - rzekł.
-Na pewno nie. - powiedziałam siadając na kanapie
-Kocham cię - mówił
-Ja ciebie też - odparłam.
-Wyjdziesz za mnie? - spytał nagle.
-Co?
-Powiedziałem to, prawda? Myślałem jeszcze nad tym czy uklę..
-Tak, już nie musisz się tłumaczyć - powiedziałam uśmiechając się.
Zaśmiał się, pocałował mnie i włożył na palec diamentowy pierścionek. Przytuliłam się do niego i zasnęłam w jego ramionach.
Rano obudziłam się mniej więcej o 10:30. Poszłam do kuchni po coś do picia, na blacie leżała kartka od Brain'a. Napisał, że po jego przyjeździe z Londynu z pracy jedziemy do mojej przyszłej teściowej. Nienawidziłam kobiety od kiedy ją poznałam. Widziała we mnie tylko ćpunkę i sądziła, że wciągnę w to jej syna. Na pewno zareaguje okropnie na wiadomość o zaręczynach, to w jej stylu. Jedynym rozwiązaniem było symulowanie choroby lub pójście do pracy za Sarah. Po chwili rozmyślania wybrałam pierwszą opcję. Nie miałam ochoty oglądać śliniącej się na mój widok twarzy Sida. Poszłam z powrotem do sypialni oczekując na powrót Briana. Przyszedł o 11:20. W tym czasie zdążyłam obejrzeć jakiś serial.
-Nancy, to co jedziemy? - spytał wchodząc do pomieszczenia.
-Nie widzisz jak wyglądam? Chora jestem - powiedziałam.
-Nie jesteś. Znam cię. Nie chcesz jechać do mojej matki - rzekł
-Brian, naprawdę nie chcę oglądać jej twarzy, uszanuj to. Pojedziemy innym razem - zasugerowałam.
-Nancy, nie widziałem jej od roku. Wiem, że za sobą nie przepadacie ale zrób to dla mnie. Może zacznie się z tobą dogadywać po tym odwyku i zaręczynach -stwierdził
-Niech ci będzie, ale nie będziemy długo - oznajmiłam.
-Pewnie, szykuj się. Czekam w salonie - oświadczył.
Z wielkim bólem wstałam z ciepłego łóżka. Zaczęłam żałować swojej decyzji, mogłam iść do pracy. Ubrałam się i ułożyłam włosy. Jechaliśmy godzinę. Na werandzie stała matka Briana. Z wyglądu przypominała Jessice Lange.
-Jednak przyjechaliście! Witaj w domu Brian... I Nancy - powiedziała bezczelnie przeciągając moje imię.
-Dzień dobry pani Suzy. Co u pani słychać? - spytałam miłym głosem.
-Wszystko w jak najlepszym porządku. Przynajmniej było - burknęła.
-Mamo! Nancy się zmieniła, nie bierze dragów i jest bardziej porządna - zaznaczył chłopak.
-No w takim razie muszę cię poznać na nowo. Może tym razem mi przypadniesz do gustu bo jak na razie jesteś najgorszą ze wszystkich dziewczyn Brian'a - stwierdziła.
-Teraz jesteśmy narzeczeństwem - powiedziałam z szyderczym uśmiechem.
-Brian, choć na słowo - rzekła przestraszona kobieta.
Usiadłam na krześle i zaczęłam przeglądać magazyny Suzy. Po pewnym czasie pojawiła się kobieta i wesoło zaprosiła mnie do środka. Zachowywała się jakby nie była sobą. Zaczęła mnie traktować jak porządnego człowieka, a nie jak popychadło, którym byłam jeszcze 5 minut temu.
-Brian, wiesz że jest 1 w nocy? Co robisz na dworze? - spytałam..
-No 1 w nocy jeszcze nie ma, za 15 minut będzie 1. Bimbam sobie tym wisiorkiem od godziny i czekam na ciebie - odpowiedział.
-Równie dobrze mógłbyś czekać w salonie albo sypialni - zasugerowałam.
-Nie, to by wszystko popsuło - powiedział - dobra, nie gadajmy tutaj, siedząc godzinę na zimnych schodach, miałem prawo trochę zmarznąć - powiedział.
Weszliśmy do środka, widać było ostre światło padające z salonu.
-Cholera, wychodzisz i zapominasz o zgaszeniu światła? Rób tak dalej a przyjdzie bardzo fajny rachu...
-Oh nie dramatyzuj, to świece! - powiedział lekko zdenerwowany
Weszliśmy do salonu. Wszędzie stały pozapalane świece.
-Wiesz, że potem będziesz je wszystkie stąd wynosić? - rzekłam.
-Siadaj na tej kanapie, a nie dramatyzujesz bo stoją se świeczki. Nie po to marnowałem tyle czasu by słuchać twoich stęków - odparł.
-Co ci odbiło? Przepraszam jeśli cię to uraziło - oznajmiłam.
Podszedł do szafy z winami i wyciągnął nasze najlepsze wino, które dostał od rodziców za 'wytrwanie z tą jędzą 2 lata'. Przynajmniej oni tak powiedzieli. Nigdy za mną specjalnie nie przepadali. Widzieli we mnie tylko ćpunkę i nic poza tym.
-Nancy, pójdziesz po kieliszki? - spytał grzecznie.
-Jasne.
Szukałam ich przez parę minut, cały czas nie mogłam się połapać gdzie co jest. W końcu jednak znalazłam je na kanapie siedział Brian z butelką wina.
-Możemy iść spać? Brian, przez kilka godzin byłam na nogach. Jutro mamy wolne, jak chcesz będziemy mogli siedzieć i rozmawiać - zasugerowałam.
-Jak tam chcesz... - powiedział obojętnie -Naprawdę się zmieniłaś od tego pobytu w ośrodku. Może nawet moi rodzice cię polubią - rzekł.
-Na pewno nie. - powiedziałam siadając na kanapie
-Kocham cię - mówił
-Ja ciebie też - odparłam.
-Wyjdziesz za mnie? - spytał nagle.
-Co?
-Powiedziałem to, prawda? Myślałem jeszcze nad tym czy uklę..
-Tak, już nie musisz się tłumaczyć - powiedziałam uśmiechając się.
Zaśmiał się, pocałował mnie i włożył na palec diamentowy pierścionek. Przytuliłam się do niego i zasnęłam w jego ramionach.
Rano obudziłam się mniej więcej o 10:30. Poszłam do kuchni po coś do picia, na blacie leżała kartka od Brain'a. Napisał, że po jego przyjeździe z Londynu z pracy jedziemy do mojej przyszłej teściowej. Nienawidziłam kobiety od kiedy ją poznałam. Widziała we mnie tylko ćpunkę i sądziła, że wciągnę w to jej syna. Na pewno zareaguje okropnie na wiadomość o zaręczynach, to w jej stylu. Jedynym rozwiązaniem było symulowanie choroby lub pójście do pracy za Sarah. Po chwili rozmyślania wybrałam pierwszą opcję. Nie miałam ochoty oglądać śliniącej się na mój widok twarzy Sida. Poszłam z powrotem do sypialni oczekując na powrót Briana. Przyszedł o 11:20. W tym czasie zdążyłam obejrzeć jakiś serial.
-Nancy, to co jedziemy? - spytał wchodząc do pomieszczenia.
-Nie widzisz jak wyglądam? Chora jestem - powiedziałam.
-Nie jesteś. Znam cię. Nie chcesz jechać do mojej matki - rzekł
-Brian, naprawdę nie chcę oglądać jej twarzy, uszanuj to. Pojedziemy innym razem - zasugerowałam.
-Nancy, nie widziałem jej od roku. Wiem, że za sobą nie przepadacie ale zrób to dla mnie. Może zacznie się z tobą dogadywać po tym odwyku i zaręczynach -stwierdził
-Niech ci będzie, ale nie będziemy długo - oznajmiłam.
-Pewnie, szykuj się. Czekam w salonie - oświadczył.
Z wielkim bólem wstałam z ciepłego łóżka. Zaczęłam żałować swojej decyzji, mogłam iść do pracy. Ubrałam się i ułożyłam włosy. Jechaliśmy godzinę. Na werandzie stała matka Briana. Z wyglądu przypominała Jessice Lange.
-Jednak przyjechaliście! Witaj w domu Brian... I Nancy - powiedziała bezczelnie przeciągając moje imię.
-Dzień dobry pani Suzy. Co u pani słychać? - spytałam miłym głosem.
-Wszystko w jak najlepszym porządku. Przynajmniej było - burknęła.
-Mamo! Nancy się zmieniła, nie bierze dragów i jest bardziej porządna - zaznaczył chłopak.
-No w takim razie muszę cię poznać na nowo. Może tym razem mi przypadniesz do gustu bo jak na razie jesteś najgorszą ze wszystkich dziewczyn Brian'a - stwierdziła.
-Teraz jesteśmy narzeczeństwem - powiedziałam z szyderczym uśmiechem.
-Brian, choć na słowo - rzekła przestraszona kobieta.
Usiadłam na krześle i zaczęłam przeglądać magazyny Suzy. Po pewnym czasie pojawiła się kobieta i wesoło zaprosiła mnie do środka. Zachowywała się jakby nie była sobą. Zaczęła mnie traktować jak porządnego człowieka, a nie jak popychadło, którym byłam jeszcze 5 minut temu.
sobota, 3 listopada 2012
Rozdział 2
Z wielkim bólem przyjęłam wiadomość o wyprowadzce z małego, przytulnego mieszkania do wielkiego domu na obrzeżach Londynu. To właśnie w nim przeżywałam zawody miłosne, problemy nie tylko z narkotykami i alkoholem. Była 10:30 obudził mnie dzwonek telefonu, to był Brain.
-I co kochana? Gotowa do wyprowadzki? Jestem w drodze do ciebie. - spytał zadowolony.
-Jeśli mnie spakujesz i posprzątasz to tak - odpowiedziałam zaspanym głosem.
-Nie mów, że jeszcze spałaś? Co robiłaś wieczorem? - pytał.
-Ćpałam.
-Nie żartuj. Nie zmarnowałabyś miesiąca swojego życia.
-Oglądałam jakiś film w telewizji.
-Wstawaj i pakuj ciuchy do walizki. - powiedział i się rozłączył.
Zrobiłam to co zwykle rano. Zjadłam coś, umyłam się i ubrałam. W tym czasie przyszedł mój ukochany.
-Nie jestem jeszcze gotowa!
-Co mam spakować?
-Szafa w sypialni. Możesz się zabrać za to. Ja pójdę do salonu.
-Dobrze.
Pakując te wszystkie zdjęcia, pamiątki i inne rzeczy łezka aż się w oku kręciła. Za szafą znalazłam narkotyki których Brain nie mógł za wszelką cenę zobaczyć. Po godzinie wszystko znajdowało się w kartonach i walizkach.
-Nie chcę opuszczać tego miejsca.
-Polubisz nowe miejsce.
-No mam nadzieję.
Zgasiłam światło i wyszliśmy. Przez godzinę jechaliśmy do nowego domu. Było to dla mnie męką, bo zrozumiałam, że do pracy będę musiała wlec się po ulicach przez godzinę. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Stał duży dom z ogrodem.
-Ja tu nie będę mieszkać. Po cholere dwóm osobom piętrowy dom?
-Potem się będziesz cieszyć. Założymy rodzinę, będz... - przerwałam mu opowieść o wszystkim i o niczym
-Jaką znowu rodzinę? Jak chcesz mieć dzieciaki to znajdź sobie inną dziewczynę - powiedziałam gniewnym głosem.
-Nie chcę mi się z tobą kłócić, nie dziś.
-Wiesz, że o 4 jadę do pracy. Nie mam nawet jak dojechać, przecież często wyjeżdżasz.
-Dzisiaj ja cię zawiozę, potem wyrobisz sobie prawo jazdy.
-Taa jaasne. Koniecznie...
Weszliśmy do środka. Brain był zachwycony. Ja uważałam, że ten dom jest za bogaty. Miliony małych kamieni na ścianie w korytarzu, wielka szafa z lustrem i schody na piętro. Gdy szło się wzdłuż korytarza był salon z kominkiem, skórzaną kanapą, stolikiem herbacianym, obrazami i oczywiście plazmą. Kuchnia była łączona z jadalnią, oddzielone były jedynie słupkiem. Do kuchni wchodziło się przez korytarz, a do jadalni przez salon. Wystarczyło spojrzeć na kryształowy żyrandol w jadalni bym od razu znienawidziła dom. Wchodząc po schodach było dwoje drzwi. Pierwsze prowadziły do pokoju gościnnego. Drugie do małego korytarza z trojgiem drzwi. Jedne prowadziły do łazienki, drugie do sypialni a trzecie do pustego pokoju z łóżkiem dla niemowlaka.
-Nie!
-Co nie?
-Nie założymy rodziny. Zapomnij.
-Może zmienisz zdanie.
-Ten dom jest jak dla próżnych ludzi. W ogóle tu nie pasujemy. Do tego jeszcze kryształowy żyrandol w jadalni.
-Przyzwyczaisz się. Wolisz stare, małe mieszkanie czy to duże i przestronne?
-Jak ciebie nie będzie nie będę tu sama spać. Ten dom jest za duży, po pracy będę przychodzić do starego. Jest opłacone do końca roku.
-Nie a problemu. Pamiętam jak pojechaliśmy do ciotki Stefanie, która stwierdziła, że przed małżeństwem nie możemy spać w tym samym łóżku.
-Sama spałam na górze! Jej dom jest jak średniowieczny pałac! Przyszłam do ciebie ze świecą w ręku.
-Bałaś się zapalić światło.
-Wcale nie!
-Bałaś się, wiem to - złapał mnie za rękę - Kocham cię - zawsze wiedział kiedy to powiedzieć. wtedy kiedy żartowaliśmy, albo wspominaliśmy coś miłego. Jak byłam zła nie miałam nawet ochoty tego słyszeć.
-Ja ciebie też. Przyzwyczaję się do tego domu, dla ciebie.
Siedzieliśmy przez 2 godziny na kanapie rozmawiając o naszej przyszłości. W końcu nadszedł czas by wybrać się do pracy. Praca jako barmanka we Flowers of Romance nie sprawiała żadnych problemów, nigdy nie narzekałam. Byłam ciekawa nowej kapeli, o której opowiadała mi Sarah. Po godzinie byłam na miejscu. W piątki było najwięcej ludzi w pubie, zarazem praca była najokropniejsza właśnie wtedy. Jednak wszyscy byliśmy zadowoleni otaczającym nas punkiem, narkotykami i alkoholem.
-Nancy! Czekałam na ciebie! Jak z tobą i Brainem? Wszystko dobrze?
-Tak. Mamy nowy dom na obrzeżach miasta.
-No to się cieszę!
W tym samym czasie przyszła kapela Raw Power, o której opowiadała Sarah.
-W samą porę chłopacy! Przygotujcie się i przyjdźcie do nas. Stawiam drinki dla każdego.
Stanęłam za barem szykując z Sarah koktajle. Przyszli chłopacy. Podszedł do mnie basista. Całkiem przystojny chłopak o czarnych, potarganych włosach podobnych do Braina.
-Cały czas załatwiasz towar? - spytał cichym głosem
-Skończyłam z tym... - odparłam
-Cholera... Naprawdę nie załatwisz mi chociaż trochę? - warknął.
W tej chwili przypomniało mi się o znalezionych narkotykach za szafą w domu.
-Daj 50 funtów. - powiedziałam wyciągając z kieszeni paczkę.
Dał pieniądze, zabrał narkotyki i zszedł z krzesła, na którym siedział.
-A tak przy okazji jestem Sid. Sid Ritchie - oznajmił.
-Nancy Beverly - rzekłam - radzę nie brać przed koncertem. W piątek je... - nie pozwolił mi dokończyć.
-Największy tłum. Wiem. - powiedział spokojnie.
-Powodzenia. - westchnęłam uśmiechając się do niego.
Zespół poszedł usiąść do stolika obok sceny.
-Nancy, nie kręć z Sidem. Masz Braina. - zaśmiała się Sarah..
-Wcale z nim nie kręcę tylko dałam mu heroinę.
-Cały czas załatwiasz? Nancy znowu wejdziesz w to bagno.
-Nie rozmawiajmy o narkotykach ani Sidzie. Dobrze?
-Jak sobie życzysz.
Chłopak co jakiś czas na mnie spoglądał się uśmiechał.
W końcu przyszli goście. Zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi baru i tych ludzi. Zespół wyszedł na scenę. Umiejętności Sida w grze na basie były całkiem zabawne. Cały czas podskakiwał, bił się z publicznością albo chodził po scenie. Przez jedną piosenkę zagrał tylko kawałek partii. Co jakiś czas przychodził po drinka i uśmiechał się do wszystkich. Uśmiech był wymuszany wiedziałam ,że w głębi duszy cierpi ale nie chce tego po sobie poznać.
-I co kochana? Gotowa do wyprowadzki? Jestem w drodze do ciebie. - spytał zadowolony.
-Jeśli mnie spakujesz i posprzątasz to tak - odpowiedziałam zaspanym głosem.
-Nie mów, że jeszcze spałaś? Co robiłaś wieczorem? - pytał.
-Ćpałam.
-Nie żartuj. Nie zmarnowałabyś miesiąca swojego życia.
-Oglądałam jakiś film w telewizji.
-Wstawaj i pakuj ciuchy do walizki. - powiedział i się rozłączył.
Zrobiłam to co zwykle rano. Zjadłam coś, umyłam się i ubrałam. W tym czasie przyszedł mój ukochany.
-Nie jestem jeszcze gotowa!
-Co mam spakować?
-Szafa w sypialni. Możesz się zabrać za to. Ja pójdę do salonu.
-Dobrze.
Pakując te wszystkie zdjęcia, pamiątki i inne rzeczy łezka aż się w oku kręciła. Za szafą znalazłam narkotyki których Brain nie mógł za wszelką cenę zobaczyć. Po godzinie wszystko znajdowało się w kartonach i walizkach.
-Nie chcę opuszczać tego miejsca.
-Polubisz nowe miejsce.
-No mam nadzieję.
Zgasiłam światło i wyszliśmy. Przez godzinę jechaliśmy do nowego domu. Było to dla mnie męką, bo zrozumiałam, że do pracy będę musiała wlec się po ulicach przez godzinę. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Stał duży dom z ogrodem.
-Ja tu nie będę mieszkać. Po cholere dwóm osobom piętrowy dom?
-Potem się będziesz cieszyć. Założymy rodzinę, będz... - przerwałam mu opowieść o wszystkim i o niczym
-Jaką znowu rodzinę? Jak chcesz mieć dzieciaki to znajdź sobie inną dziewczynę - powiedziałam gniewnym głosem.
-Nie chcę mi się z tobą kłócić, nie dziś.
-Wiesz, że o 4 jadę do pracy. Nie mam nawet jak dojechać, przecież często wyjeżdżasz.
-Dzisiaj ja cię zawiozę, potem wyrobisz sobie prawo jazdy.
-Taa jaasne. Koniecznie...
Weszliśmy do środka. Brain był zachwycony. Ja uważałam, że ten dom jest za bogaty. Miliony małych kamieni na ścianie w korytarzu, wielka szafa z lustrem i schody na piętro. Gdy szło się wzdłuż korytarza był salon z kominkiem, skórzaną kanapą, stolikiem herbacianym, obrazami i oczywiście plazmą. Kuchnia była łączona z jadalnią, oddzielone były jedynie słupkiem. Do kuchni wchodziło się przez korytarz, a do jadalni przez salon. Wystarczyło spojrzeć na kryształowy żyrandol w jadalni bym od razu znienawidziła dom. Wchodząc po schodach było dwoje drzwi. Pierwsze prowadziły do pokoju gościnnego. Drugie do małego korytarza z trojgiem drzwi. Jedne prowadziły do łazienki, drugie do sypialni a trzecie do pustego pokoju z łóżkiem dla niemowlaka.
-Nie!
-Co nie?
-Nie założymy rodziny. Zapomnij.
-Może zmienisz zdanie.
-Ten dom jest jak dla próżnych ludzi. W ogóle tu nie pasujemy. Do tego jeszcze kryształowy żyrandol w jadalni.
-Przyzwyczaisz się. Wolisz stare, małe mieszkanie czy to duże i przestronne?
-Jak ciebie nie będzie nie będę tu sama spać. Ten dom jest za duży, po pracy będę przychodzić do starego. Jest opłacone do końca roku.
-Nie a problemu. Pamiętam jak pojechaliśmy do ciotki Stefanie, która stwierdziła, że przed małżeństwem nie możemy spać w tym samym łóżku.
-Sama spałam na górze! Jej dom jest jak średniowieczny pałac! Przyszłam do ciebie ze świecą w ręku.
-Bałaś się zapalić światło.
-Wcale nie!
-Bałaś się, wiem to - złapał mnie za rękę - Kocham cię - zawsze wiedział kiedy to powiedzieć. wtedy kiedy żartowaliśmy, albo wspominaliśmy coś miłego. Jak byłam zła nie miałam nawet ochoty tego słyszeć.
-Ja ciebie też. Przyzwyczaję się do tego domu, dla ciebie.
Siedzieliśmy przez 2 godziny na kanapie rozmawiając o naszej przyszłości. W końcu nadszedł czas by wybrać się do pracy. Praca jako barmanka we Flowers of Romance nie sprawiała żadnych problemów, nigdy nie narzekałam. Byłam ciekawa nowej kapeli, o której opowiadała mi Sarah. Po godzinie byłam na miejscu. W piątki było najwięcej ludzi w pubie, zarazem praca była najokropniejsza właśnie wtedy. Jednak wszyscy byliśmy zadowoleni otaczającym nas punkiem, narkotykami i alkoholem.
-Nancy! Czekałam na ciebie! Jak z tobą i Brainem? Wszystko dobrze?
-Tak. Mamy nowy dom na obrzeżach miasta.
-No to się cieszę!
W tym samym czasie przyszła kapela Raw Power, o której opowiadała Sarah.
-W samą porę chłopacy! Przygotujcie się i przyjdźcie do nas. Stawiam drinki dla każdego.
Stanęłam za barem szykując z Sarah koktajle. Przyszli chłopacy. Podszedł do mnie basista. Całkiem przystojny chłopak o czarnych, potarganych włosach podobnych do Braina.
-Cały czas załatwiasz towar? - spytał cichym głosem
-Skończyłam z tym... - odparłam
-Cholera... Naprawdę nie załatwisz mi chociaż trochę? - warknął.
W tej chwili przypomniało mi się o znalezionych narkotykach za szafą w domu.
-Daj 50 funtów. - powiedziałam wyciągając z kieszeni paczkę.
Dał pieniądze, zabrał narkotyki i zszedł z krzesła, na którym siedział.
-A tak przy okazji jestem Sid. Sid Ritchie - oznajmił.
-Nancy Beverly - rzekłam - radzę nie brać przed koncertem. W piątek je... - nie pozwolił mi dokończyć.
-Największy tłum. Wiem. - powiedział spokojnie.
-Powodzenia. - westchnęłam uśmiechając się do niego.
Zespół poszedł usiąść do stolika obok sceny.
-Nancy, nie kręć z Sidem. Masz Braina. - zaśmiała się Sarah..
-Wcale z nim nie kręcę tylko dałam mu heroinę.
-Cały czas załatwiasz? Nancy znowu wejdziesz w to bagno.
-Nie rozmawiajmy o narkotykach ani Sidzie. Dobrze?
-Jak sobie życzysz.
Chłopak co jakiś czas na mnie spoglądał się uśmiechał.
W końcu przyszli goście. Zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi baru i tych ludzi. Zespół wyszedł na scenę. Umiejętności Sida w grze na basie były całkiem zabawne. Cały czas podskakiwał, bił się z publicznością albo chodził po scenie. Przez jedną piosenkę zagrał tylko kawałek partii. Co jakiś czas przychodził po drinka i uśmiechał się do wszystkich. Uśmiech był wymuszany wiedziałam ,że w głębi duszy cierpi ale nie chce tego po sobie poznać.
środa, 31 października 2012
Rozdział 1
Miesiąc w ośrodku dla uzależnionych od narkotyków dobiegł końca. Jestem wolna od tego. W domu czeka na mnie wspaniały chłopak, wszystko się zaczyna układać. A przynajmniej tak mi się wydaje... Wparowałam do domu mojego i Brain'a rzucając walizkę z ubraniami.
-Brain! Jestem! - krzyknęłam. - Gdzie jesteś? Nie widzieliśmy się przez miesiąc?! Chodziłam od pokoju do pokoju. W kuchni leżała koperta z napisem 'Do Nancy'. Szybko zobaczyłam co jest w środku. Była postrzępiona kartka z kluczami od domu.
'Spotkajmy się w Hyde Parku o 8. Tam gdzie wszystko się zaczęło...'
-Żarty! Brain wychodź! - krzyknęłam znów. - No cóż, Nancy Beverly musi się udać do pracy, może chociaż we Flowers of Romance ktoś będzie.
Zdenerwowana wyszłam z mieszkania i poszłam na pobliską stacje metra. Chwila czekania, 10 minut w metrze i byłam na stacji North Greenwich. Naprzeciw stacji stały hotele, markowe sklepy i puby, w tym Flowers of Romance, wiecznie świecący się szyld z przepalającą się żarówką pierwszej litery. . Z budynku wyszła kelnerka, moja najlepsza przyjaciółka Sarah Hall.
-Nancy?! Naprawdę taką narkomankę wypuścili z ośrodka dla uzależnionych? Tęskniłam za tobą! - krzyczała wesoło.
-Tobie też by się to przydało. - powiedziałam
-Od kiedy pamiętam jesteś chamska. Dlatego się przyjaźnimy, mamy nową kapelę w pubie.
-Taka sama jak poprzednia? Nie wytrzymali dwóch koncertów.
-Nie są już jakiś czas i są zadowoleni... - powiedziała wesoło. - Jak tam jest?
-Gdzie?
-Sama wiesz. To miejsce gdzie za żadne skarby narkoman by nie chciał trafić.
-Ośrodek? Na początku okropnie potem się przyzwyczajasz i znajdujesz identycznych ludzi do siebie.
-Załatwisz mi prochy?
-Obiecałam sobie i Brainowi, że skończę z narkotykami. Daj 50 funtów i siedź cicho.
Wyciągnęła z kieszeni pieniądze i włożyła do moich jeansów.
-Będę za dwie godziny w pubie.
Weszłam do nadjeżdżającego piętrowego autobusu.
-Znowu te szare widoki widziane przez szyby. Londyn, takie wielkie miasto a wszędzie szaro - myślałam.
Minęło 10 minut i już byłam na przystanku. Weszłam w uliczkę, tam zawsze był diler narkotyków. Zwykle siedział z papierosem na schodach przed domem. Tak samo było i tym razem.
-Oh, przyszła moja ulubiona klientka Nancy Beverly. Jak tam jest? Dziś wyszłaś i już sięgasz po narkotyki? - powiedział szyderczym głosem.
-Daruj sobie Michael. To nie dla mnie tylko dla Sarah. Daj tyle co zwykle. Za 50 funtów. - wyszeptałam siadając obok niego na schodach wyciągając papierosa z paczki.
Wyciągnął z kieszeni paczkę z białym proszkiem.
-Trzymaj. Do zobaczenia!
-Tam jest okropnie... Nigdy tam nie idź - rzekłam. - Narazie.
Przez godzinę szwendałam się po mieście zaglądając do sklepów odzieżowych. Była 5:30, poszłam do baru by dać Sarah prochy. Weszłam do baru. Nic się tam nie zmieniło. Przepalona żarówka cały czas była wkręcona, ten sam alkohol i spis drinków.
-Nancy, masz? - wyszeptała.
-Mam - powiedziałam przytakując głową.
Podałam dziewczynie małą torebkę.
-Nie musisz się bać. Tutaj wszyscy wiedzą, że załatwiasz i bierzesz.
-Skończyłam z tym.
-Ciekawe na jak długo.
-Na zawsze. Muszę lecieć. Sprawy miłosne.
-Co się stało z Brainem?
-Idę się tego dowiedzieć. - powiedziałam, zarzuciłam na siebie skórzaną ramoneskę i wyszłam.
Byłam przez chwilę w domu, zrobiłam coś do jedzenia i wyszłam na spotkanie z Brainem w Hyde Parku. Usiadłam na ławce obok fontanny. To było miejsce, w którym się poznaliśmy przed dwoma laty. Po chwili przyszedł Brain.
-Posłałeś mnie do tego okropnego miejsca i mnie zostawiłeś! W domu zostawiłeś kartkę. Dlaczego? - krzyczałam zasypując go pytaniami.
-Znalazłem nowe miejsce dla nas. Tam wszystko zaczniemy od początku, założymy rodzinę, będzie nam świetnie.
-Ale masz pomysły. Przecież wiesz, że nie chce mieć dzieci, po co nam nowe miejsce? Dwupokojowe mieszkanie ci się znudziło? - pytałam.
-Jutro się wprowadzasz. Koniecznie! Koniec z narkotykami i innymi nałogami. Nauczę cię żyć normalnie. - obiecywał.
Brain był wspaniałym facetem. Miły, przystojny chłopak o krótkich, rudych postawionych włosach. Układało nam się świetnie.
-Brain! Jestem! - krzyknęłam. - Gdzie jesteś? Nie widzieliśmy się przez miesiąc?! Chodziłam od pokoju do pokoju. W kuchni leżała koperta z napisem 'Do Nancy'. Szybko zobaczyłam co jest w środku. Była postrzępiona kartka z kluczami od domu.
'Spotkajmy się w Hyde Parku o 8. Tam gdzie wszystko się zaczęło...'
-Żarty! Brain wychodź! - krzyknęłam znów. - No cóż, Nancy Beverly musi się udać do pracy, może chociaż we Flowers of Romance ktoś będzie.
Zdenerwowana wyszłam z mieszkania i poszłam na pobliską stacje metra. Chwila czekania, 10 minut w metrze i byłam na stacji North Greenwich. Naprzeciw stacji stały hotele, markowe sklepy i puby, w tym Flowers of Romance, wiecznie świecący się szyld z przepalającą się żarówką pierwszej litery. . Z budynku wyszła kelnerka, moja najlepsza przyjaciółka Sarah Hall.
-Nancy?! Naprawdę taką narkomankę wypuścili z ośrodka dla uzależnionych? Tęskniłam za tobą! - krzyczała wesoło.
-Tobie też by się to przydało. - powiedziałam
-Od kiedy pamiętam jesteś chamska. Dlatego się przyjaźnimy, mamy nową kapelę w pubie.
-Taka sama jak poprzednia? Nie wytrzymali dwóch koncertów.
-Nie są już jakiś czas i są zadowoleni... - powiedziała wesoło. - Jak tam jest?
-Gdzie?
-Sama wiesz. To miejsce gdzie za żadne skarby narkoman by nie chciał trafić.
-Ośrodek? Na początku okropnie potem się przyzwyczajasz i znajdujesz identycznych ludzi do siebie.
-Załatwisz mi prochy?
-Obiecałam sobie i Brainowi, że skończę z narkotykami. Daj 50 funtów i siedź cicho.
Wyciągnęła z kieszeni pieniądze i włożyła do moich jeansów.
-Będę za dwie godziny w pubie.
Weszłam do nadjeżdżającego piętrowego autobusu.
-Znowu te szare widoki widziane przez szyby. Londyn, takie wielkie miasto a wszędzie szaro - myślałam.
Minęło 10 minut i już byłam na przystanku. Weszłam w uliczkę, tam zawsze był diler narkotyków. Zwykle siedział z papierosem na schodach przed domem. Tak samo było i tym razem.
-Oh, przyszła moja ulubiona klientka Nancy Beverly. Jak tam jest? Dziś wyszłaś i już sięgasz po narkotyki? - powiedział szyderczym głosem.
-Daruj sobie Michael. To nie dla mnie tylko dla Sarah. Daj tyle co zwykle. Za 50 funtów. - wyszeptałam siadając obok niego na schodach wyciągając papierosa z paczki.
Wyciągnął z kieszeni paczkę z białym proszkiem.
-Trzymaj. Do zobaczenia!
-Tam jest okropnie... Nigdy tam nie idź - rzekłam. - Narazie.
Przez godzinę szwendałam się po mieście zaglądając do sklepów odzieżowych. Była 5:30, poszłam do baru by dać Sarah prochy. Weszłam do baru. Nic się tam nie zmieniło. Przepalona żarówka cały czas była wkręcona, ten sam alkohol i spis drinków.
-Nancy, masz? - wyszeptała.
-Mam - powiedziałam przytakując głową.
Podałam dziewczynie małą torebkę.
-Nie musisz się bać. Tutaj wszyscy wiedzą, że załatwiasz i bierzesz.
-Skończyłam z tym.
-Ciekawe na jak długo.
-Na zawsze. Muszę lecieć. Sprawy miłosne.
-Co się stało z Brainem?
-Idę się tego dowiedzieć. - powiedziałam, zarzuciłam na siebie skórzaną ramoneskę i wyszłam.
Byłam przez chwilę w domu, zrobiłam coś do jedzenia i wyszłam na spotkanie z Brainem w Hyde Parku. Usiadłam na ławce obok fontanny. To było miejsce, w którym się poznaliśmy przed dwoma laty. Po chwili przyszedł Brain.
-Posłałeś mnie do tego okropnego miejsca i mnie zostawiłeś! W domu zostawiłeś kartkę. Dlaczego? - krzyczałam zasypując go pytaniami.
-Znalazłem nowe miejsce dla nas. Tam wszystko zaczniemy od początku, założymy rodzinę, będzie nam świetnie.
-Ale masz pomysły. Przecież wiesz, że nie chce mieć dzieci, po co nam nowe miejsce? Dwupokojowe mieszkanie ci się znudziło? - pytałam.
-Jutro się wprowadzasz. Koniecznie! Koniec z narkotykami i innymi nałogami. Nauczę cię żyć normalnie. - obiecywał.
Brain był wspaniałym facetem. Miły, przystojny chłopak o krótkich, rudych postawionych włosach. Układało nam się świetnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)